REKLAMA

Pokłosie jugowskiej tragedii

Czy Tadeusz Sz. widział zjawy ofiar tragicznego wyrzutu z 1930 roku?

JUGÓW / HAUSDORF
„Pokłosie jugowskiej tragedii”

Było to ciepłe lipcowe popołudnie 1955 roku. Zmęczony ośmiogodzinną pracą w jugowskim tartaku 45-cioletni Tadeusz Sz. mieszkaniec Ludwikowic Kłodzkich wsiadł na swój stary, zdezelowany rower i ruszył do oddalonego o kilka kilometrów domu. Minął ostanie zabudowania Jugowa, sporej wielkości plac i stromą, asfaltową drogą zaczął wspinać się w stronę osiedla Jabłońska. Mijając wjazd na osiedle, pozostał mu kilkunastometrowy odcinek trasy, gdzie droga znikała w pobliskim lesie. Mocniej nadepnął na pedały i powoli ale jednostajnie przemieszczał się do przodu. Zgrzyt i piski starego łańcucha odbijały się echem po całej okolicy. Zmachany, spojrzał przed siebie i zauważył dziwną sytuację na drodze. Z mroku lasu, powoli zaczęła wyłaniać się szara masa ludzi. Mimowolnie zwolnił i ze zdziwieniem zaczął przyglądał się nieznajomym. Przemieszczał tą trasę codziennie od kilku lat i nigdy czegoś podobnego nie widział. Duża, ponad stuosobowa grupa kierowała się w stronę Jugowa. Gdy skrzypiący rower zrównał się ze schodzącymi w dół ludźmi, Tadeusz Sz. przystanął i zaczął przyglądać się maszerującym. Byli to górnicy w brudnych i podniszczonych ubraniach, część w skórzanych hełmach, część w zwykłych czapkach. Niektórzy z nich trzymali typowe lampki górnicze tak jakby chcieli sobie nimi oświetlić drogę. Wyglądało to dziwnie, gdyż żadna z lampek nie była zapalona, a jasne promienie słońce rozświetlały jeszcze całą okolicę. Górnicy powłócząc nogami przesuwali się wolno, ich wzrok był mętny i bez jakiegokolwiek wyrazu. Mimo, że przechodzili koło rowerzysty nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Oniemiały i lekko zdziwiony zaistniałą sytuacją, Tadeusz Sz. z początku myślał, że jest to jakaś grupa pracowników ze Sztolni Wacław uruchomionej na terenie Miłkowa nieco ponad miesiąc temu.
-Panowie! A dokąd to? – nikt nie odpowiedział, nikt nie spojrzał w jego stronę…
Górnicy jeden po drugim mijali rowerzystę, w milczeniu, bezszelestnie, w ciszy. Mimo że wszyscy oni mieli ciężkie buty, dźwigali jakieś narzędzia, skrzynki nie było słychać najmniejszego hałasu czy szelestu. Po prostu cisza. Podążali jakby w niemym letargu, w jednym kierunku, zmęczeni i wyczerpani. Gdy cała kolumna niemal w całości minęła stojącego na poboczy Tadeusza Sz., ten wychylił się z nad roweru i chciał złapać za rękaw jednego z ostatnich górników. Był nim młody chłopak trzymający niewielka metalową skrzynkę z napisem „F. Bitt.”. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast uchwycić rękaw brudnej marynarki, zatopił się w szarej postaci tracąc przy tym równowagę. Strach i lęk przeszył mieszkańca Ludwikowic, natychmiast dosiadł swój rower i szybko zaczął pedałować w stronę pobliskiego osiedla Jabłońska. Tu widząc stojącego przed domem człowieka szybko opowiedział mu o zaistniałej sytuacji. Obaj podbiegli do szosy i …
No właśnie, obaj panowie nic już nie zaobserwowali. Droga była pusta, zupełnie pusta, od lasu po Jugów. Tadeusz Sz. zapomniał o wydarzeniu z ulicy Jabłońskiej przypisując je zmęczeniu i ćwiarteczce wódeczki wypitej z kolegami… do czasu. Mniej więcej dwa lata po tym wydarzeniu przeprowadził się do pobliskiego Drogosławia. Tam zamieszkał drzwi w drzwi z pewnym autochtonem, nijakim Bittnerem. Człowiek ten opowiedział mu o tragedii górniczej, która miała miejsce w lipcu 1930 roku. W wyniku wyrzutu na szybie Kurt ginie 151 górników, wśród ofiar był jego dwudziestoletni syn, Franz Bittner, pomocnik mechanika.
Czy Tadeusz Sz. widział zjawy ofiar tragicznego wyrzutu z 1930 roku? Jeśli tak, to co oni tam robili? Czy młodzieniaszek niosący skrzynkę z napisem „F. Bitt.” to syn sąsiada?
MC Noworuders / facebook.com/noworuders

Dodaj komentarz

Komentarze dla artykułu (0): Pokłosie jugowskiej tragedii

Podczas drugiej tury wyborów prezydenckich gminy do 20 tys. mieszkańców, w których zostanie odnotowana najwyższa frekwencja wyborcza, otrzymają wóz strażacki. Do wygrania będzie 49 pojazdów.

Fot. Gmina Nowa Ruda

Wczoraj w Wałbrzychu nasze jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej: OSP Czerwieńczyce, OSP Bożków i OSP Włodowice otrzymały promesy na zakup sprzętu oraz wyposażenia strażackiego w ramach programu "Mały Strażak" na łączną kwotę 32 324,00 zł. Jednostki te aplikowały do programu realizowanego przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.

Zamów reklamę

Skontaktujemy się z Tobą

Interesujesz się reklamą w gazecie? Może chcesz wynająć billboard lub promować się na tym portalu internetowym. Uzupełnij poniższe dane, a uzyskasz ofertę dostosowaną do Twoich potrzeb.
Formularz został wysłany.
Strona używa plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. ×