Reklama

Pomimo że od 24 lat jest na emeryturze, to do dzisiaj pracuje.

Opublikowano:
Autor:

Pomimo że od 24 lat jest na emeryturze, to do dzisiaj pracuje. - Zdjęcie główne

Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Wiadomości

60 lat temu, gdy zaczynała Pani swoją pracę jako lekarz, myślała Pani, że będzie to trwało tak długo? - Absolutnie nie! W 1954 r. kończyłam studia w Poznaniu. Miałam wtedy zapewnioną pracę w jednej z miejscowych klinik. Zawsze wiedziałam, że chcę być pediatrą. Zakochałam się jednak w asystencie starszym ode mnie o 3 lata. To były czasy stalinowskie, więc gdy skończył studia, to bez pytania wzięli go do Wojskowego Centrum Wyszkolenia Medycznego w Łodzi, a po 6 miesiącach szkolenia przydzielili go do jednostki wojskowej. I mój mąż, pomimo zapewnionej pracy w klinice chirurgicznej w Poznaniu, po tym przeszkoleniu dostał przydział do jednostki wojskowej stacjonującej w Ludwikowicach Kł. To była jednostka karna, bo żołnierze pracowali pod ziemią. Tam się załamał, mówił po co ja kończyłem medycynę. Miał myśli samobójcze i wtedy postanowiliśmy wziąć ślub w Kaliszu. Później poprosiłam o nakaz pracy od rektora Akademii Medycznej, abym mogła pracować w Nowej Rudzie. Moje prośby do gen. Bieruta o przeniesienie męża nic nie pomagały. W Ludwikowicach Kł. był 8 lat. Kiedy w 1954 r. przyszłam do Nowej Rudy do pracy w szpitalu, to nie było ani jednego pediatry. Ja też nim nie byłam, ale posiadałam wiedzę praktyczną. Pan dyrektor Bielecki tytułował mnie pani Kapitanowo i powierzył mi oddział dziecięcy pod opiekę. Oddział dziecięcy znajdował się tutaj, gdzie teraz jesteśmy, czyli w małym budyneczku nad głównym budynkiem szpitala? - Nie. Wtedy istniał szpital przy ul. Piłsudskiego prowadzony przez siostry zakonne. Była tam tylko interna, a jej fragment był zagospodarowany na oddział dziecięcy. Jak ja teraz pomyślę, w jaki sposób dawałam radę, to nie wiem. Ale po kolei. Wojsko dało mi mieszkanie na przeciwko szpitala przy ul. Zaułek i tam mieszkam do dzisiaj. Czasami budzono mnie w nocy, abym szła do szpitala ratować dzieci. Wtedy umieralność była okropna. Rano leciałam do szpitala brackiego, czyli obecnego szpitala. Tutaj był oddział położniczo-noworodkowy, więc codzienna wizyta musiała być. Potem leciałam na oddział chorych dzieci do szpitala przy obecnej ul. Piłsudskiego. Po południu biegłam na obecną ul. Kościelną, gdzie w budynku przed klasztorem sióstr salezjanek działała poradnia zdrowia dziecięcego. A jeszcze później przyjeżdżał jedyny kierowca w mieście i jeździliśmy na wizyty domowe. Więcej w najnowszym wydaniu Gazety Noworudzkiej nr 901.

Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy