Reklama

Roman Chomik: codziennie kogoś wynosili w worku

Opublikowano:
Autor: | Zdjęcie: Fot. Redakcja

Roman Chomik: codziennie kogoś wynosili w worku - Zdjęcie główne

Roman Chomik wie co oznacza zakazić się koronawirusem | foto Fot. Redakcja

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Wiadomości W szpitalu spędził dwa tygodnie, zobaczył dramat ludzi, śmierć i cierpienie. Jak dziś czuje się Roman Chomik?

 

Zaraził się Pan koronawirusem. Był Pan w szpitalu w Nysie. Co się tam działo?

Wszystkich niedowiarków "zapraszam" do szpitala. Żeby tam pobyli i zobaczyli jak wynoszą tych, co nie wierzyli. To robi wrażenie. A o samym pobycie w szpitalu nie chcę rozmawiać, bo to bardzo przykra sprawa. Jest gorzej niż w kryminale. Dwa metry wolności, tylko tyle na ile rura z tlenem pozwala.

 

A przy ciężkich objawach...

Tam leżeli sami tzw. tlenowcy. Jak ktoś dostaje maskę, to znaczy, że ma powyżej 5 litrów tlenu na godzinę, ja miałem 12. Słabo ze mną było, ale jakoś mi się udało. Od razu po przyjęciu przeprowadzane są badania, więc od razu też wiedzą z czym mają do czynienia. O zarażeniu wiedziałem już po wyniku w Kłodzku, więc na oddział przyjmowały mnie panie ubrane już tak jak na oddziałach zakaźnych. Na oddziale od razu trafiłem pod tlen. Przez pierwsze trzy dni nie można było korzystać z toalety. Człowiek musi leżeć "plackiem", bo każdy taki ruch i odcięcie od tlenu grozi uśnięciem. Widziałem jak jednego pacjenta wynosili z toalety, bo nie powiedział koledze, że idzie do toalety i usnął. Jak personel przyleciał, było już po wszystkim. Dzień w dzień kogoś wynosili. Dlatego mówię, że jak ktoś nie wierzy niech idzie do szpitala powynosić tych, którym się nie powiodło.

 

Jak choroba ujawniła się u Pana?

Standardowo. Przyszła gorączka i osłabienie. Pojechaliśmy do szpitala w Polanicy-Zdroju, ale tam nas nie przyjęli, bo mieli komplet. Wylądowałem więc w kontenerze w Kłodzku. Tam przy szpitalu są takie dwa kontenery i tam kierują tych "podejrzanych". Zaraz po wymazie podłączają pod tlen. Rano lekarz sprawdził pulsometrem saturację i zapytał, czy chcę jechać do domu, bo akurat karetka covidowa jedzie do Nowej Rudy. A że całą noc byłem pod tlenem to wynik miałem w miarę i pojechałem do domu. Niestety później mój stan się pogorszył i wylądowałem na oddziale w szpitalu w Nysie, bo tam tylko było miejsce. Gdzie się zaraziłem – nie wiem.

 

Jak długo był Pan w szpitalu?

Dwa tygodnie. Dokładnie 14 dni.

 

 

Czym Pana leczono?

Zaraz po przyjeździe spytali się czy mam jakieś przeciwwskazania, bo podadzą mi osocze ozdrowieńca. Osocze sprowadzili z Opola. Jest ono zamrożone i zaraz po odmrożeniu musi być szybko podane. Na wieczór mnie przyjęli, a rano już dostałem osocze. Później dostawałem sterydy i witaminy. Cały proces leczenia w szpitalu jest już prowadzony pod dyktando lekarzy. Tak by wzmocnić organizm. Podczas przyjęcia i pobytu w szpitalu wszystkie wyniki pikują w dół. Dopiero po trzech dniach to się powoli odbija do góry i wraca do obiegu. Do Nysy jest kawałek.

 

Czy Pana bliscy cały czas wiedzieli co się z Panem dzieje?

Bo wejść do szpitala dziś wciąż nie możemy Każdy ma ze sobą telefon i tym telefonem się też kontaktuje z pielęgniarką. Na każdej sali jest kamera.

 

Jak Pan czuje się dzisiaj?

Po wyjściu ze szpitala wiadomo, że nikt nie jest do końca zdrowy. Nie należy się nadwyrężać. Człowiek jest osłabiony. Trzeba na siebie bardzo uważać, bo to jest związane i z sercem i ze wszystkim. Trzeba spacerować, niekoniecznie pod górkę, bo serce chce wyskoczyć z piersi. To jest osłabienie tego typu. Biegać też na razie nie mogę i jak lekarz mówi: powoli, powoli z biegiem czasu powinienem wrócić do siebie. Leczę się teraz w Evicie. Na wynikach badań jeszcze mi pokazało, że cukier mam wciąż wysoki i mam różne powikłania typu oddechowego. To właśnie dlatego cały proces leczenia kardiologicznego rozpoczął się właściwie teraz.

 

Pan zachorował przed, czy po zaszczepieniu?

Nie zdążyłem się zaszczepić. Dokładnie 8 marca mnie położyło całkiem, a 9 już byłem w Nysie na oddziale. Będzie Pan się szczepił i zachęcał do tego innych? Oczywiście. Czytam w internecie na temat ozdrowieńców. Wiadomo, że to taka nienormalna i nowa choroba, dlatego w zasadzie wszyscy się wszystkiego uczą. Z tego co wyczytałem, to ozdrowieńcy po podaniu jednej dawki Pfizera, mają niesamowitą odporność. Dostałem osocze i za miesiąc, jeżeli lekarz pozwoli to też oddam, żeby innych ratować.

 

PRZECZYTAJ TAKŻE:

 

 

 

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy